Kto tanio relokuje, dwa razy płaci


Ta prosta modyfikacja znanego przysłowia idealnie pasuje do rynku usług przemysłowych, w tym relokacji właśnie. Kto zbyt usilnie, i przez to nierozważnie, poszukuje oszczędności, ten często, zamiast optymalizacji kosztów, naraża się nie tylko ich wzrost, ale nawet ryzykuje realizację całego przedsięwzięcia. Pracuję w firmie relokacyjnej już 10 lat i widziałam wiele przypadków nietrafionego wyboru wykonawcy lub modelu realizacji, za które musiał zapłacić klient. Oto kilka z nich. Ku przestrodze tym, dla których priorytetem jest maksymalnie „przykrojony” budżet, a nie – bezpieczna i sprawna relokacja.

Pierwszy przypadek jest dość typowy. Inwestor podzielił zadanie relokacyjne na etapy, każdy powierzył tej firmie, która przedstawiła najbardziej korzystną ofertę. Wszystko się zgadza - zsumowanie niskich cen od poddostawców w rezultacie powinno dać niski koszt operacji. Powinno.

I tu tkwi sedno. Jeden z wykonawców nie podołał wymogom jakościowym zadania, dostarczył elementy niespełniające standardów technicznych, potrzebne były przeróbki, a to wydłużyło harmonogram, podniosło koszty. Zawiódł jeden element łańcucha i to zachwiało bezpieczeństwem całego zadania. SURET, odpowiedzialny tylko za etap instalacji, przejął zadanie od niewydolnego dostawcy, poprawił elementy i dokończył zadanie. Gdyby od początku zadanie powierzono jednemu, rzetelnemu wykonawcy z doświadczeniem, udałoby się uniknąć dodatkowych kosztów.
Zresztą, źródłem stresu dla inwestora, który dzieli relokację na kilku wykonawców, może być nie tylko jeden z nich, źle zweryfikowany, słaby jakościowo lub operacyjnie. Wiele zagrożeń wynika z zatorów komunikacyjnych pomiędzy inwestorem a poszczególnymi realizatorami, a najczęściej – pomiędzy nimi samymi. Dodatkowo, jest jeszcze kwestia styków obszarów odpowiedzialności. To cała mapa ryzyk, które udaje się zneutralizować, gdy całość zadania powierza się jednemu, sprawdzonemu wykonawcy. Wtedy, kiedy podliczy się wykonane zadanie, to i liczby się zgadzają.
Drugi przypadek, też dotyczący dywersyfikacji zadania na różnych podwykonawców, choć dość banalny technicznie, naraził inwestora na dotkliwe koszty. Klient wybrał firmę do transportu nowej maszyny od producenta do swojej lokalizacji. SURET odpowiadał tylko za rozładunek i montaż urządzenia na miejscu docelowym. Maszyna o znaczniej wartości została po prostu nieprawidłowo, by nie napisać – niechlujnie, zabezpieczona do transportu, a firmie transportowej zabrakło wiedzy, doświadczenia i czegoś, co w relokacji nazywamy przezornością lub intuicją i nie zareagował. Ładunek podczas transportu uległ uszkodzeniu, maszyna musiała wrócić na serwis do producenta, a my odesłaliśmy dźwigi i zespoły robocze do bazy. Klient zapłacił koszty gotowości i postoju, ale to był ułamek tego, ile kosztował serwis i kilkumiesięczne opóźnienie. Znowu zawiódł jeden element łańcucha sprawności, łańcucha, warto podkreślić, zmontowanego przez samego inwestora.

Jak można było tego uniknąć? Zamiast szukać najtańszych wykonawców, wystarczyło zlecić całe jednemu, sprawdzonemu. SURET wykonał już kilkadziesiąt podobnych operacji, ale zwykle kompleksowo, od A do Z. Owszem, czasem zdarzały się sytuacje trudne, występowały nowe ryzyka, zagrożenia (nawet firma relokacyjna w 20-letnim doświadczeniem nie przewidzi wszystkiego), ale dzięki wiedzy pokonywaliśmy trudności i realizowaliśmy zadanie do końca. Nasi klienci doceniają ten komfort. Jego też można wycenić.

Trzeci przykład jest chyba najciekawszy, bo dotyczy błędów nie w sferze czysto technicznej, a formalnej i niestety dowodzi niskich kompetencji wielu mniejszych firm relokacyjnych. Klient sprowadzał maszynę z Stanów Zjednoczonych, a do prac związanych z zabezpieczeniem, transportem i pozostałymi operacjami wybrał małą firmę lokalną. Czyli tak jak należy – jedna firma do kompleksowej obsługi. Jak wybrana firma rozumie kompleksowość, okazało się kilka tygodni później. Klient wrócił do nas z prośbą o wsparcie, bo okazało się, że maszyna, która już dotarła do portu w takim stanie jak przewidziano, ale nie została dostosowana do dyrektywy maszynowej, nie miała nadanego certyfikatu CE i przez to nie mogła zostać wprowadzona do użytku na terenie Unii. Co to oznaczało dla inwestora? Zatrzymanie urządzenia w porcie na wiele tygodni na jego koszt, a tym samym opóźnienie w jej uruchomieniu do produkcji. Firmie relokacyjnej brakło wiedzy i doświadczenia, by przewidzieć w planie transferu taki element jak brak dopuszczenia, a kiedy już ujawnił się brak formalny, by natychmiast zareagować. SURET zareagował od razu i skutecznie. Wsparliśmy klienta merytorycznie, doradziliśmy w kwestii w certyfikacji, a klient uniknął wielu kosztów długiego postoju urządzenia w porcie. Znowu miało być tanio a mogło się skończyć dość drogo. Sytuację uratowało doświadczenie kompleksowego działania SURETU.

Tytuł mojego artykułu nie wynika z założenia, że każda optymalizacja kosztów skończy się ich podwojeniem. Nie każda, choć każdy inwestor zawsze będzie szukał oszczędności i to jego święte prawo. Nie wolno tylko przekraczać granicy ryzyka w tym dążeniu do wyboru najtańszych wykonawców, bo jak mówi inne powiedzenie – nie zawsze dwa plus dwa to cztery”. Czasem znacznie więcej. Drożej.


Monika Górska

Kontakt